Obezwładniło. Związało ręce, poraziło nogi. Trzeba na nowo
zacząć uczyć się chodzić. Uczyć się pełzać, by żyć na podłodze. Tam nikt nie
patrzy czy pełzam, czy chodzę. Starannie omija wzrokiem, gdy staje przy ladzie,
niedopitą whisky, bo kiedyś byłaś wszystkim. I za zdrowie kilka papierosów, co
wiszą w powietrzu wśród innych głosów… przeszłości. A może to teraźniejszość jeszcze wyraża się w czynach? Słowa o tych
wszystkich toksycznych skurwysynach, tak pięknie ubrane… Prawie szkoda, że
zmokną, gdy od nadmiaru wspomnień ktoś otworzy okno.
Następna kolejka. Kolejne następstwo to twoje imię – jesteś Urocza, ja jestem
Przeminę. Nie staraj się wcale, nie musisz, nie trzeba, nie pytaj o wczoraj,
nie proszę o przebacz. Ty mnie nie znasz, ja cię nie obchodzę, po prostu leżymy
razem na tej podłodze. Z tych samych powodów, bez podania przyczyn –
przychodzisz, zamawiasz, pijesz i krzyczysz. Upadasz i pełzasz, rozbijając
głowę o kant emocji szkodliwej, niezdrowej. Żal nam nas, siebie staczamy na dno.
Idziemy spać, tak już nie było dawno.
Wyjdź z mojej głowy i nie trzaskaj drzwiami.