Wśród wielu zmierzchów bywają takie, kiedy skronie
wypełnia przesadne myślenie o przeszłości. To definicja żalu, takie wspomnienie
z wyrzutem wycelowanym prosto w czoło. I kiedy zamyka się oczy, by zobaczyć to,
co będzie, widzi się nic. A kiedy otwiera się usta, by powiedzieć to, co było,
mówi się nic. Do nikogo. Do biurka, krzesła, lampy i kartki papieru. Białej,
gładkiej, czystej. Myśli biegną przez palce, brudząc kolejną stronę. Na szczęście
jest kolejna, by przyjąć cierpkie słowa i spróbować wyprostować potargany
czasprzeszły. Zapisywał wolne myśli, niczym elektrony na ostatniej orbicie,
ciągle te same, ujemnie piękne, których rozkład połowiczny trwał mniej więcej
dekadę, a może i dwie. Toksyczne i promieniotwórcze wyrazy wypływały na
płaszczyznę kartki bezpowrotnie uśmiercając jej dziewiczość i naiwność
istnienia. Na nic zdały się maski – i te przeciwgazowe też, gęby i role bez
próby generalnej, bez możliwości powtórek i bez suflerów. Żywy teatr, gdzie
emocje wybuchają, jak bomby raniąc, rozrywając, ogłuszając… Gdzie uczucia
zakażają, powodując obumarcie empatycznych tkanek. Ekstrakcja człowieka. Od
tego się nie umiera, tego się chyba nie leczy. Tego nie można potwierdzić i
temu nie można …
Wiedział, że kiedy dotrze do swych granic, kiedy będzie sam ze swoją wojną,
zostaniesz aż tylko przenajświętszą apostrofą, do której ciągle się wraca, krzyczy
myślami, modli i, która nic nie słyszy.