Ocknął się w pół miasta. Nie zwracając uwagi na otoczenie oraz na to, dokąd i którędy zmierza, szedł ciągle do przodu, jak wszyscy. Iść do przodu – tak zawsze kazali, gdy coś nie wyszło, gdy coś się zepsuło, gdy była jakiś tam sukces albo, gdy po prostu nic się nie działo i z nudy dla rozrywki można było nawet umrzeć. Iść do przodu, z głową w górze, jednak z dala od chmur i wzniosłości. Iść, chociaż samo chodzenie było tu mało istotne. Nie patrząc w ogóle pod nogi, a tylko w oczy – maszerować. Szczęśliwie i prosto tam, gdzie każdy zakręt w pewien sposób wprawiał w stan podekscytowania. Nie tak, jak teraz. Perspektywa czasu zniekształca. Listopad jest tylko podejrzliwie piękny tak, jak siódemka jest podejrzliwie szczęśliwa. Nawet, kiedy świeci słońce, a z nieba sypią się złote liście, w zakamarkach czasu czają się niewypowiedziane słowa i niewypomyślane myśli. I sny, z których każdy jest przyjemniejszy od poprzedniego i wprowadza w depresyjny stan myślenia o tym, co było lub o tym, co mogłoby być, gdyby… Sny to wszystko, na co było go stać i wszystko, co miał, chociaż mieć nie chciał. Taki paradoks, że może być lepiej, będąc ciągle coraz gorzej. A paradoks ten jest niezwykle potrzebny człowiekowi, który w jakiś mały sposób, wybijając się trochę ponad zostaje w brutalny sposób sprowadzony do parteru – tam, gdzie jego miejsce. Może tak się stać, gdy ma się pewne nadzieje, co do przedsięwziętego planu, bądź gdy zbyt bardzo uwierzy się w swoje możliwości. I nie możliwości są problemem, a przesadna w nie wiara. Mniej więcej, jak z zasadą, że nie ma złych ludzi, są tylko źle dobrane znajomości.
W jego życiu parter oznaczał bardzo wiele. Było bardzo dużo pięter parteru, jak kręgów w piekle. Było piętro sukcesów życiowych, dość ubogie, jak na człowieka jego pokroju. Piętro niespodziewanych odwrotów losu przypominało w kształcie znak zapytania. Z kolei piętro, odpowiadające za życie uczuciowe było jeszcze bardziej podzielone. Najwyżej miały miejsce sprawy zakończone, choć będące ciągle w pamięci – to był swoisty szczyt całego parteru. Gdzieś w środku usadowiły się przelotne sprawy i nic nie znaczące razy o imionach mniej lub bardziej zapomnianych, lecz ciągle pamiętanych. Najniższa warstwa tej sfery była zarezerwowana dla sytuacji, które się odbyć nie zdążyły i tam panował zawsze wieczny chaos racjonalizacji. Każdy zawsze mógł tam wejść i wpisać się w życiorysie, którego i tak nikt nigdy nie przeczyta. On też.
To dziwne i zaskakujące, jak sprawy minione są interpretowane z perspektywy czasu. Jedne są w ogóle nigdy nie odtwarzane, bo i może są najmniej ważne. Inne zaskakująco długo plątają się w sieci neuronów porażając centralny układ emocji. Z perspektywy czasu wszystko wydaje się być łatwiejsze. Bo i przecież zadania z matematyki z jedną niewiadomą nie są już tak trudne, jak kiedyś. Perspektywa czasu zawsze skłaniała go do przewartościowań. W każdym przypadku dostrzegał tylko dobre strony, złe były porzucane w niepamięć tak daleko, że w konsekwencji były w ogóle likwidowane. Kilka dobrych chwil ważyło na wspaniałych wspomnieniach, na swoistym przeszłym ideale, do którego nie sposób było dążyć w teraźniejszości. Był typem człowieka, który nie pamięta złego, wszystkiemu wierzy i we wszystkim pokłada nadzieję.
skomentuj (2)
Czasowniki określające byt. Tryby czasu, czasów, jak chociaż mogłoby, ale nigdy się nie wydarzyło. Oby w końcu.
Pierwszoosobowa retrospekcja. Za długo patrzyłem na twoje zdjęcie. Z kilku dni przed, zanim odszedłeś. Brakuje mi wszystkiego. Od nadmiaru wspomnień zapomniałem nadążyć. Chciałbym, żebyś tu był, chociaż czasem. Chciałbym, żebyś był w Gdziekolwiek, bo tam chyba niedługo podążę.
Narracja trzecioosobowa. Odkąd pamiętał, była jego ulubioną, bo nie tak oficjalna i do niczego nie zobowiązywała. Nie miała imion i nazwisk, marzeń i planów. Było tylko ‘tu’ i ‘teraz’. Ponosiła go zawsze najbardziej, na wyżyny i wzniosłości słów. Pochłaniała jego każdą, bezkształtną emocję. Wyrażała zawsze to, co chciał – nigdy za mało, ani za dużo. To umiarkowanie, które na tle wszystkiego wokół było tylko zanikającym archaizmem.
Wielka Improwizacja. Wszystkie działania skupione wokół celu, którego nie widać albo też, którego ma się świadomość nigdy nie osiągnąć. Pomieszania z poplątaniem. Fantasmagoria.
Fabuła jakaś tam. Niedopowiedzenia, niezrealizowania, niedoczekania. Liczby mnogie wszystkich zdarzeń niedowydarzonych. Pełna i soczysta samotność, która jest zbyt dumna, by mogła się z kimś podzielić. Importowane chińskie szczęście. Na chwilę. Taka zwykła podróbka. Fin de siecle, kurwa, fin de siecle.
* http://literat.ug.edu.pl/tetmajer/013.htm
Jest brak czasu. Jest brak czasu na nienawiść, bo brak jest go również na miłość. Jest niewiedza, którą chciałoby się posiąść, by w końcu przestać rozumieć więcej. Jest niezdefiniowane uczucie, emocja na kształt papieru toaletowego z szarego dworca z mokrą podłogą. Cień człowieka, który odszedł.
skomentuj (2)
(...)
- Teraz, po tym wszystkim dobrym i złym, i dobrym, chciałabym, żebyś to ty był ojcem mojego dziecka.
- Gdybym był, pewnie nienawidziłabyś mnie równie silnie, co jego.
- Nie. Mamy tyle wspólnego, a nasze rozmowy nie są śmietnikiem słów rzucanych odruchowo. Wartości i ideały, cały Ty, Twój sposób bycia...nigdy nie spotkałam kogoś takiego, ideału.
- Uwierz, nie chciałabyś bym był ideałem.
- Chciałabym.
- Wtedy ty...każdy miałby tak wysoką poprzeczkę, żeby się do mnie w jakikolwiek sposób dostać. Ideały to czas przeszły i wszystkie skończyły marnie. Ja też nie chciałbym, żebyś była idealna, bo wtedy nie byłoby szans na to, bym cię poznał i żebyśmy byli tu razem, wyganiani od baru do baru, bo nasze wspomnienia są dłuższe, niż godziny otwarcia...
(...) I boję się tego, że w końcu będziemy musieli iść do domu...
Jak zniknąć, by już nie zauważać siebie samego?
Nie rodź się wcale
Nie umieraj nigdy
Tak będzie wspaniale
Nie bądź naiwny
Kilka zdań o nas – samych napisanych na kolanie palcem wskazującym nic. Bo niczym to jest i niczym więcej.
skomentuj (1)
Nic nas nie nauczył czas. I nic to nie znaczy. I nie mogło
być inaczej. Przecież ! Jak którekolwiek z nas mogłoby się łudzić? Formy
grzecznościowe przedstawione. I tyle na dziś, na tyle nas stać. W trzy lata po
lub o dwa za prędko. I tylko pokuta, którą odmawiam po cichu jeszcze pamięta za
co jest i dlaczego.
Dla mnie też niezbyt łaskawy był dzień…
*
Obezwładniło. Związało ręce, poraziło nogi. Trzeba na nowo
zacząć uczyć się chodzić. Uczyć się pełzać, by żyć na podłodze. Tam nikt nie
patrzy czy pełzam, czy chodzę. Starannie omija wzrokiem, gdy staje przy ladzie,
niedopitą whisky, bo kiedyś byłaś wszystkim. I za zdrowie kilka papierosów, co
wiszą w powietrzu wśród innych głosów… przeszłości. A może to teraźniejszość jeszcze wyraża się w czynach? Słowa o tych
wszystkich toksycznych skurwysynach, tak pięknie ubrane… Prawie szkoda, że
zmokną, gdy od nadmiaru wspomnień ktoś otworzy okno.
Następna kolejka. Kolejne następstwo to twoje imię – jesteś Urocza, ja jestem
Przeminę. Nie staraj się wcale, nie musisz, nie trzeba, nie pytaj o wczoraj,
nie proszę o przebacz. Ty mnie nie znasz, ja cię nie obchodzę, po prostu leżymy
razem na tej podłodze. Z tych samych powodów, bez podania przyczyn –
przychodzisz, zamawiasz, pijesz i krzyczysz. Upadasz i pełzasz, rozbijając
głowę o kant emocji szkodliwej, niezdrowej. Żal nam nas, siebie staczamy na dno.
Idziemy spać, tak już nie było dawno.
Wyjdź z mojej głowy i nie trzaskaj drzwiami.
Wśród wielu zmierzchów bywają takie, kiedy skronie
wypełnia przesadne myślenie o przeszłości. To definicja żalu, takie wspomnienie
z wyrzutem wycelowanym prosto w czoło. I kiedy zamyka się oczy, by zobaczyć to,
co będzie, widzi się nic. A kiedy otwiera się usta, by powiedzieć to, co było,
mówi się nic. Do nikogo. Do biurka, krzesła, lampy i kartki papieru. Białej,
gładkiej, czystej. Myśli biegną przez palce, brudząc kolejną stronę. Na szczęście
jest kolejna, by przyjąć cierpkie słowa i spróbować wyprostować potargany
czasprzeszły. Zapisywał wolne myśli, niczym elektrony na ostatniej orbicie,
ciągle te same, ujemnie piękne, których rozkład połowiczny trwał mniej więcej
dekadę, a może i dwie. Toksyczne i promieniotwórcze wyrazy wypływały na
płaszczyznę kartki bezpowrotnie uśmiercając jej dziewiczość i naiwność
istnienia. Na nic zdały się maski – i te przeciwgazowe też, gęby i role bez
próby generalnej, bez możliwości powtórek i bez suflerów. Żywy teatr, gdzie
emocje wybuchają, jak bomby raniąc, rozrywając, ogłuszając… Gdzie uczucia
zakażają, powodując obumarcie empatycznych tkanek. Ekstrakcja człowieka. Od
tego się nie umiera, tego się chyba nie leczy. Tego nie można potwierdzić i
temu nie można …
Wiedział, że kiedy dotrze do swych granic, kiedy będzie sam ze swoją wojną,
zostaniesz aż tylko przenajświętszą apostrofą, do której ciągle się wraca, krzyczy
myślami, modli i, która nic nie słyszy.
Konflikt tragiczny. Problem pisany w pierwszej osobie do osoby drugiej o liczbie mnogiej tychże osób. Podzielony przez liczbę kilometrów i pierwiastek z setek dni między tym wszystkim daje niewymierność strat. Kulawa matematyka, gdzie dwa minusy nie dają plusów, a wykrzykniki pełnią rolę znaków zapytania. Znikam. Jutro to przejdzie, bo jest tylko ulotną chwilą zatrzymaną na kartce, uwiecznioną w klatce czasu, z negatywem i odbitką na dziesiątej stronie. Dziś już nie pomoże nic. To tylko wrzesień, jesień, kiedy czasprzeszly zaczyna być nie tylko wspomnieniem.
skomentuj (6)